Trening Bez Tajemnic

Jak przejechać 150 kilometrów, podjechać 5000 metrów i przeżyć?

Gdzie idziesz? Potrenować. A co trenujesz? Kolarstwo. A po co? Pewnie nie raz w życiu przeżyłeś taką sytuację. No właśnie: po co? Czy zadałeś sobie kiedykolwiek to pytanie? Co ten trening kolarski ma Ci dać? Odpowiesz: by wygrywać wyścigi. Spoko, ambitnie. Tylko wyobraź sobie, że takich jak Ty na starcie będzie stu. Czy stu wygra wyścig? Z lekcji o rachunku prawdopodobieństwa pamiętasz pewnie, że taka hipotetyczna szansa istnieje, ale już lepiej chyba kupić kupon w Lotto. Może chociaż trójka wpadnie.

Nie zrozum mnie źle. Ja nie neguję startów w wyścigach. Wręcz przeciwnie! Sam to robię od czasu do czasu, ale nie z myślą o wygranej, zajęciu jakiegoś tam miejsca, czy wykręceniu jakiegoś czasu. Startuję, by dobrze się bawić i spotkać podobnych sobie wariatów. Ot, co! No, ale każdy ma inny priorytet i nikt nikomu wygrywać nie zabroni, ja również! Ba, znam wiele przypadków osób które kilka lat temu wyszły z sali zajęć spinningowych, by dzisiaj wygrywać klasyfikację generalną największej amatorskiej imprezy kolarskiej w kraju. #truestory

– A bo ja sobie tak startuję, i się cieszę że mam progres rok do roku. Mam lepszy czas, zajmę wyższe miejsce to jestem szczęśliwy. Tak, małymi kroczkami do przodu. – Yyy… serio? Czy patrzenie na same cyfry i osiągnięty wynik mówi o progresie? To sytuacje, z którymi w szczególności można się spotkać na coraz popularniejszych ultramaratonach. Nie raz czytałem komentarze: “poprawiłem się w stosunku do ubiegłego roku o godzinę”. No i co z tego wynika? Bo dla mnie nie wynika zupełnie nic. Być może zrobiłeś mniej przerw, może pogoda była bardziej łaskawa, może usiadłeś komuś na koło i Cię pociągnął, może coś tam.

40 minut – czy po to trenujesz?

Po niedawno zakończonym Maratonie Rowerowym Dookoła Polski przeczytałem na jednym z forów komentarz w podobnym tonie, odnoszący się do zwycięzcy Pawła Pieczki, który brzmiał mniej więcej tak: “poprawił się przez cztery lata o całe 40 minut, świetny wynik”. Wyczuwasz tą ironię i ignorancję jednocześnie w powyżej przytoczonych słowach? Ale ktoś taki patrząc tylko na liczby nie wie, że po pierwsze: maraton był o kilkadziesiąt kilometrów dłuższe. I po drugie, zdecydowanie ważniejsze: pogoda nie pomagała ani trochę. Przez ¾ trasy padało, czy wręcz lało, a ostatniego dnia północno-wschodni wiatr też nie pomagał w dotarciu do mety na Przylądku Rozewie. I teraz mając te informacje, spójrz na powyższy komentarz i odpowiedz sobie na pytanie: Czy pokonanie 3 200 kilometrów w 8 dni 4 godziny 7 minut to dobry czas? No właśnie…

150 kilometrów i 5000 metrów pod górę – to możliwe! A przy okazji piękne

Te odniesienia do długich dystansów nie są przypadkowe – jest mi po prostu do nich bliżej. I chociaż na zorganizowanych imprezach bywam rzadko, a zdecydowanie bardziej wolę wypad z Wrocławia na kawę do Góry Kalwarii, czy posłuchać szumu morza we Władysławowie to jest właśnie moje kolarstwo. Po to jeżdżę na rowerze, to daje mi satysfakcję i spełnienie.

Czasami lubię wybrać się też w góry. Takie Alpy na przykład. Szwajcarskie. Byliście kiedyś? Nie? To Wam poopowiadam. A w zasadzie przejdę do sedna, czyli tytułowych 150 kilometrów i 5000 metrów elewacji.

– Wow! Przecież to umrzeć można! – myślisz sobie. No, ale skoro czytasz te słowa, to znaczy że je napisałem i żyję. Więc nie jest znowu tak najgorzej. Ale faktycznie – jeśli zrobisz to z marszu, bez żadnego przygotowania i porwiesz się na pięć wspaniałych szwajcarskich przełęczy, to jest duża szansa że umrzesz. A na pewno będziesz mocno cierpiał. I zamiast zachwycać się i cieszyć się wspaniałymi widokami, będziesz przeklinał w duchu. No więc co zrobić, by nie przeklinać? Słowo klucz: wytrzymałość. I mierzenie siły na zamiary. Nie porywaj się z motyką na słońce! Wiedz, co potrafisz i co możesz. Ale stawiaj sobie też wyzwania. Czym jest życie bez wyzwań?

Mój kolarski sekret

Zdradzę Ci tajemnicę. Bo widzisz co całe kolarstwo, które wielu nazywa romantycznym wcale nie polega na tym, żeby nie trenować. Swoje musisz odbębnić w ten czy inny sposób, sorry – taka prawda. Żeby jeździć, trzeba jeździć. Trenować. Choć przyznam Wam szczerze, że bardzo nie lubię określenia “trening kolarski” co do swojej jazdy. Ja po prostu wsiadam na rower i jadę! Przed siebie! Raz szybciej, innym razem wolniej, raz mocniej, innym razem na luzie. I może nie wygląda to jak typowy trening kolarza, ale… pozwala nie umierać w szwajcarskich Alpach mając po 150 kilometrach 5000 metrów podjazdów. Jednym taka właśnie jazda wystarczy, inni będą potrzebować planu treningowego planu kolarstwa romantycznego, który doprowadzi ich na te wszystkie alpejskie przełęcze.

Bo w tym wszystkim chodzi nie o to, by zaciskać zęby z bólu mięśni, tylko cieszyć mordkę podjeżdżając zjawiskową trasą brukowanej Tremoli na przełęcz San Gottardo i uśmiechać się na widok bezwzględnie najpiękniejszego alpejskiego krajobrazu z Furkapass. I to jest najwspanialsze! Jedziesz i zachwycasz się tym co dookoła. Prawda, że brzmi dobrze? A zdradzę Wam, że smakuje jeszcze lepiej! I zostawię w tym miejscu kilka zdjęć do pooglądania, licząc że za rok przyślecie mi swoje, z dopiskiem: Biru, podjechałem i nie umierałem – a w Szwajcarii jest naprawdę pięknie!

Na koniec podsumowanie tego wspaniałego dnia:

  • zdobyte Nufenenpass, Gothardpass, Furkapass, Grimselpass, Sustenpass
  • 11 godzin jazdy
  • 176 kilometrów trasy (pamiętaj, że z ostatniej przełęczy musiałem jeszcze zjechać)
  • 5 281 metrów pod górę
  • 182 W średniej mocy
  • 230 W mocy znormalizowanej
  • IF 0,66
  • VAM 482 m/h
  • 481 TSS
  • 7276 spalonych kalorii*

* – ze spoglądaniem na spalone kalorie w takich wyzwaniach radzę uważać, w szczególności gdy myślisz jak schudnąć na rowerze. Owszem, jazda na rowerze odchudza – ale na pewno nie taka.

Zapisz się do newslettera!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.